Niech
polski parlament, rząd i prezydent podejmą decyzje, że nowe samochody kupowane
na użytek naszych dygnitarzy muszą mieć wyłącznie napęd elektryczny.
Przyjęty w grudniu 2019 roku „Europejski Zielony
Ład" zakłada osiągnięcie do 2050 roku „neutralności klimatycznej" Unii
Europejskiej, czyli stanu, w którym przynajmniej taka sama ilość wyemitowanych
gazów cieplarnianych byłaby pochłaniana na przykład przez roślinność lub
wychwytywana przez instalacje przemysłowe. To oczywiście niewykonalne w ciągu
tych niespełna trzydziestu lat, więc te zamierzenia należy traktować przede
wszystkim jako zapis dobrych intencji. Tym niemniej, są one podstawą do
konstruowania planów redukcji emisji, mających objąć niemal wszystkie dziedziny
gospodarki i naszego życia, a w tym także i motoryzację.
Zaproponowany parę miesięcy temu przez Komisję
Europejską pakiet regulacji pod nazwą "Fit for 55", mający realizować
założenia Europejskiego Zielonego Ładu, zakłada po raz kolejny podwyższenie
zaostrzonych nie tak dawno wymogów ograniczenia emisji do 55 proc. obecnego poziomu
emisji dla samochodów osobowych i 50 proc. dla samochodów dostawczych. Ma to
być osiągnięte na koniec 2030 roku. Wprowadzone zostaną również pośrednie
obostrzenia dla samochodów ciężarowych poprzez objęcie paliw systemem handlu
zezwoleniami na emisję.
Do 2035 r. ma natomiast nastąpić całkowite
wyeliminowanie tradycyjnych napędów (czyli nie hybrydowych silników
spalinowych) w nowych samochodach osobowych i dostawczych. Ponadto, w 2050 roku
zeroemisyjne mają być niemal wszystkie użytkowane na obszarze Unii Europejskiej
fabrycznie nowe samochody osobowe, dostawcze, ciężarowe i autobusy.
To także jest niewykonalne, ale rodzi jednak
konsekwencje dla branży samochodowej. Dziś wiadomo jedno - że pakiet "Fit
for 55" będzie bardzo korzystny dla firm sprzedających samochody używane.
Te auta nie będą przecież objęte zakazami i redukcjami emisji. Natomiast
koncerny motoryzacyjne staną przed groźbą drastycznego spadku popytu na nowe
pojazdy.
Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu
Motoryzacyjnego uważa, że proponowane przez KE zmiany są bardzo ambitne. Będą
one wymagały znaczących inwestycji w napędy elektryczne, hybrydowe, hybrydy
plug-in (z baterią elektryczną zasilaną tylko z wtyczki), wodorowe, silniki napędzane sprężonym (CNG) i
zmrożonym (LNG) gazem ziemnym. Producenci,
aby zbliżyć się do wyznaczonych celów emisyjnych już zainwestowali wiele miliardów euro w rozwój nowych napędów, a
nakłady nadal rosną.
- W przypadku nieosiągnięcia celów, grożą im
nawet miliardowe kary, zwłaszcza, że - o ile w przypadku samochodów osobowych
już mamy szeroką ofertę pojazdów niskoemisyjnych, o tyle w przypadku samochodów
dostawczych czy ciężarowych nadal jesteśmy na początkowym etapie - mówi Jakub
Faryś, spodziewając się jak widać, że planowane obostrzenia wejdą w życie.
Branża motoryzacyjna już dostała po kieszeni z
powodu koronawirusa. W efekcie kryzysu wywołanego pandemią COVID, w ubiegłym
roku na całym świecie sprzedaż pojazdów samochodowych skurczyła się o 12,5 mln
sztuk w stosunku do roku 2019 i wyniosła 78 mln pojazdów.
Pandemia nie zaszkodziła jednak popytowi na
samochody elektryczne bateryjne i hybrydy plug in, w których liczba nowych
rejestracji wzrosła o 43 proc. do ponad 3,2 mln sztuk., a udział w unijnym
rynku pojazdów osobowych i dostawczych wzrósł do 4,2 proc. w 2020 r., a
następnie do 6,3 proc. w I połowie tego roku. Największy wzrost sprzedaży
samochodów elektrycznych bateryjnych i hybryd plug in, aż o 165,7 proc. rok do
roku, odnotowano na rynku Unii Europejskiej i w Wielkiej Brytanii.
Na tle Unii Europejskiej nasz kraj, przynajmniej
statystycznie, wypada znakomicie. W Polsce liczba rejestracji nowych samochodów
osobowych elektrycznych bateryjnych i hybryd plug in wzrosła w ubiegłym roku o
ponad 200 proc. w porównaniu z 2019 r.,
czyli do 8 187 sztuk. Ale ponieważ ów wzrost nastąpił na bardzo niskich
poziomach, więc udział tych napędów w polskim rynku samochodów osobowych
zwiększył się zaledwie z 0,5 proc. w 2019 r. do 1,9 proc. w roku ubiegłym, oraz
do 2,9 proc. w pierwszej połowie bieżącego roku.
Tak więc, pomimo dostępności szerokiej gamy
modeli samochodów elektrycznych (wśród których oczywiście nie ma i nie będzie
polskiego elektroauta) - udział rynkowy tego rodzaju napędów w naszym kraju
wciąż jest dużo niższy niż w całej Unii Europejskiej. Wyraźnie rośnie natomiast
u nas popyt na samochody hybrydowe. Liczba ich rejestracji w Polsce wzrosła w
2020 roku o 57 proc. i wyniosła 66,2 tys. W pierwszej połowie 2021 roku już co
czwarty nowy samochód osobowy rejestrowany w naszym kraju miał napęd hybrydowy.
Z drugiej jednak strony, oznacza to, że trzy czwarte nowych aut rejestrowanych
w Polsce ma tradycyjny napęd spalinowy, benzynowy lub dieslowski.
Ponieważ nowe samochody w naszym kraju kupują przede wszystkim urzędy państwowe oraz firmy, dlatego bardzo pożądane byłoby, aby to właśnie najwyższe władze Polski dały dobry przykład ograniczania emisji. Niech więc parlament, rząd i prezydent podejmą decyzję, że nowe samochody kupowane na użytek polskich dygnitarzy będą mieć wyłącznie napęd elektryczny lub hybrydowy plug in (czyli z baterią zasilaną z wtyczki). To z pewnością bardziej przyśpieszy rozwój elektromobilności w naszym kraju, niż bajki premiera Mateusza Morawieckiego o produkcji polskich aut elektrycznych.
No comments:
Post a Comment